Panna młoda Odc. Panika w rezydencji! Beyza traci kontrolę, a Mukadder zaczyna grę.

W jej głosie nie było krzyku. Było coś gorszego — absolutna kontrola.

— Jako matka masz jeden obowiązek. Myśleć o swoim nienarodzonym dziecku, a nie o urażonej dumie. Każdy twój gniew może obrócić się przeciwko tobie.

Beyza ścisnęła telefon. Jej oddech stał się płytki.

Mukadder wykorzystała tę chwilę bez wahania. Delikatnie, ale stanowczo odebrała jej aparat.

— Właśnie dlatego to ja będę rozmawiać. Ty dziś możesz tylko wszystko zepsuć.

— Nasz plan… — powtórzyła Beyza gorzko. — Dla ciebie wszystko jest planem. Nawet moje cierpienie. Nawet moje dziecko.

— Cierpienie bez strategii jest słabością — odpowiedziała chłodno Mukadder.

Daleko od tej rozmowy, w domku letniskowym panowała cicha, ciężka atmosfera.

Hançer siedziała sama na kanapie. Na stoliku obok stała taca z kawą i deserem — wszystko nietknięte, jakby ktoś przygotował chwilę czułości, która nigdy się nie wydarzyła.

Kiedy zadzwonił telefon, drgnęła.

Mukadder.

Z wahaniem odebrała.

— Słucham?

— Wreszcie. Gdzie byłaś?

— W domku.

— Spotkałaś się z tą kobietą?

— Czekałam. Nikt nie przyszedł.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— To niemożliwe — mruknęła Mukadder.

— A jednak.

Hançer westchnęła.

— Było jeszcze coś. Przesyłka.

— Jaka przesyłka?

— Ktoś zostawił ją tutaj. Duża torba, w środku białe pudełko. Nie wiem od kogo.

— Otworzyłaś?

— Nie.

— Dlaczego?

— Bo pojawił się Cihan. Nie wiedziałam, jak zareaguje… więc nic nie powiedziałam.

Mukadder zamilkła na chwilę, po czym jej głos stwardniał:

— Ta paczka może zmienić wszystko. Otwórz ją natychmiast, kiedy będziesz sama.

— A jeśli to pułapka?

— Dość. Nie chcę twoich lęków. Chcę działania.

Połączenie się urwało.

Hançer długo siedziała bez ruchu. Potem powoli wstała.

Na stole leżała torba.

Zwykła. A jednak budziła niepokój.

„To tylko paczka” — próbowała się uspokoić.

Ale w tej rodzinie nic nigdy nie było „tylko”.

Podeszła bliżej. Wyjęła białe pudełko. Lekkie… a jednak ciężkie w dłoniach.

Bez nadawcy. Bez wyjaśnień.

— Ya Allah… — szepnęła.

W końcu wsunęła palce pod wieko.

I wtedy usłyszała ruch za plecami.

Zamarła.

Powoli się odwróciła.

W drzwiach stał Cihan.

Nie wiadomo, jak długo tam był.

— Co to jest? — zapytał cicho.

— Nie wiem…

— Nie wiesz? Więc dlaczego ukrywasz?

— Nie ukrywam. Po prostu… nie wiedziałam, jak zareagujesz.

Cihan podszedł bliżej.

— Gdybyś od razu mi powiedziała, nie byłoby problemu. A teraz wygląda to inaczej.

W jej oczach pojawił się ból.

— Boję się twojej reakcji na wszystko. Jestem zmęczona, Cihan.

Zatrzymał się tuż przed nią.

— Dzwoniła moja matka?

Hançer zamilkła na sekundę.

— Tak.

— I kazała ci to otworzyć?

Nie odpowiedziała. To wystarczyło.

— Więc nie jesteś w tym sama — powiedział chłodno.

— Wszyscy nami manipulują — wyszeptała. — Chciałam chociaż raz coś zrozumieć sama.

Cihan patrzył na nią długo.

— Otwórzmy to razem.

Zadrżała.

Nie bała się samej paczki.

Bała się prawdy.

Cihan wyciągnął rękę.

Ona nadal trzymała pudełko.

Ich spojrzenia spotkały się w ciszy.

W tej jednej chwili wszystko zawisło między nimi — miłość i podejrzenie, zaufanie i strach.

Bo oboje wiedzieli jedno:

kiedy pudełko zostanie otwarte… nic już nie będzie takie samo.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *