W jej głosie nie było krzyku. Było coś gorszego — absolutna kontrola.

— Jako matka masz jeden obowiązek. Myśleć o swoim nienarodzonym dziecku, a nie o urażonej dumie. Każdy twój gniew może obrócić się przeciwko tobie.
Beyza ścisnęła telefon. Jej oddech stał się płytki.
Mukadder wykorzystała tę chwilę bez wahania. Delikatnie, ale stanowczo odebrała jej aparat.
— Właśnie dlatego to ja będę rozmawiać. Ty dziś możesz tylko wszystko zepsuć.
— Nasz plan… — powtórzyła Beyza gorzko. — Dla ciebie wszystko jest planem. Nawet moje cierpienie. Nawet moje dziecko.
— Cierpienie bez strategii jest słabością — odpowiedziała chłodno Mukadder.
Daleko od tej rozmowy, w domku letniskowym panowała cicha, ciężka atmosfera.

Hançer siedziała sama na kanapie. Na stoliku obok stała taca z kawą i deserem — wszystko nietknięte, jakby ktoś przygotował chwilę czułości, która nigdy się nie wydarzyła.
Kiedy zadzwonił telefon, drgnęła.
Mukadder.
Z wahaniem odebrała.
— Słucham?
— Wreszcie. Gdzie byłaś?
— W domku.
— Spotkałaś się z tą kobietą?
— Czekałam. Nikt nie przyszedł.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— To niemożliwe — mruknęła Mukadder.
— A jednak.
Hançer westchnęła.
— Było jeszcze coś. Przesyłka.
— Jaka przesyłka?
— Ktoś zostawił ją tutaj. Duża torba, w środku białe pudełko. Nie wiem od kogo.
— Otworzyłaś?
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo pojawił się Cihan. Nie wiedziałam, jak zareaguje… więc nic nie powiedziałam.
Mukadder zamilkła na chwilę, po czym jej głos stwardniał:
— Ta paczka może zmienić wszystko. Otwórz ją natychmiast, kiedy będziesz sama.
— A jeśli to pułapka?
— Dość. Nie chcę twoich lęków. Chcę działania.
Połączenie się urwało.
Hançer długo siedziała bez ruchu. Potem powoli wstała.
Na stole leżała torba.
Zwykła. A jednak budziła niepokój.
„To tylko paczka” — próbowała się uspokoić.
Ale w tej rodzinie nic nigdy nie było „tylko”.
Podeszła bliżej. Wyjęła białe pudełko. Lekkie… a jednak ciężkie w dłoniach.
Bez nadawcy. Bez wyjaśnień.
— Ya Allah… — szepnęła.
W końcu wsunęła palce pod wieko.
I wtedy usłyszała ruch za plecami.
Zamarła.
Powoli się odwróciła.
W drzwiach stał Cihan.
Nie wiadomo, jak długo tam był.
— Co to jest? — zapytał cicho.
— Nie wiem…
— Nie wiesz? Więc dlaczego ukrywasz?
— Nie ukrywam. Po prostu… nie wiedziałam, jak zareagujesz.
Cihan podszedł bliżej.
— Gdybyś od razu mi powiedziała, nie byłoby problemu. A teraz wygląda to inaczej.
W jej oczach pojawił się ból.
— Boję się twojej reakcji na wszystko. Jestem zmęczona, Cihan.
Zatrzymał się tuż przed nią.
— Dzwoniła moja matka?
Hançer zamilkła na sekundę.
— Tak.
— I kazała ci to otworzyć?
Nie odpowiedziała. To wystarczyło.
— Więc nie jesteś w tym sama — powiedział chłodno.
— Wszyscy nami manipulują — wyszeptała. — Chciałam chociaż raz coś zrozumieć sama.
Cihan patrzył na nią długo.
— Otwórzmy to razem.
Zadrżała.
Nie bała się samej paczki.
Bała się prawdy.
Cihan wyciągnął rękę.
Ona nadal trzymała pudełko.
Ich spojrzenia spotkały się w ciszy.
W tej jednej chwili wszystko zawisło między nimi — miłość i podejrzenie, zaufanie i strach.
Bo oboje wiedzieli jedno:
kiedy pudełko zostanie otwarte… nic już nie będzie takie samo.