Cihan i gra o wszystko: Czy nienarodzone dziecko stanie się okrutną pułapką dla Hançer?

Zbliżcie się i posłuchajcie opowieści o miłości, która znalazła się na krawędzi przepaści. W świecie chłodnej kalkulacji i wielkich namiętności, gdzie sekrety są cięższe niż złoto, nasz główny bohater, Cihan, staje przed najtrudniejszym wyborem swojego życia. Jak zatrzymać kobietę, którą się kocha, gdy fundamentem tego związku jest tykająca bomba kłamstw? Cihan jest zapędzony w kozi róg. Skrywa mroczną tajemnicę – pod jednym dachem z jego ukochaną Hançer żyje inna kobieta, a prawda o sytuacji z Beyzą grozi zniszczeniem wszystkiego, na czym mu zależy. Kiedy zdesperowany mężczyzna szuka ratunku, jego powierniczka Derya podsuwa mu plan tak przebiegły, że aż mrożący krew w żyłach. Jej rada jest brutalnie prosta: zanim Hançer odkryje prawdę, musi zajść w ciążę. Derya bezlitośnie uświadamia Cihanowi, że kiedy maski opadną, zraniona i oszukana Hançer natychmiast odejdzie, nie oglądając się za siebie. Według Deryi, tylko więzy krwi i nowo narodzone życie mogą stać się “kotwicą”, która zmusi ją do pozostania w tej złotej klatce. Cihan toczy dramatyczną walkę z własnym sumieniem. Kocha Hançer i brzydzi się myślą o uwięzieniu jej za pomocą tak okrutnej manipulacji. Jednak czas nieubłaganie ucieka, w tle mnożą się narastające niepokoje i głuche telefony, a pętla kłamstw zaciska się coraz mocniej. Czy w imię miłości Cihan posunie się do ostatecznego podstępu i odbierze ukochanej wolność wyboru? A może gniew zdradzonej Hançer wkrótce spali ten fałszywy raj do gołej ziemi? Odkryjcie historię, w której prawda jest największym wrogiem, a największym więzieniem – własna rodzina.
Gabinet Cihana tonął w chłodnym świetle późnego popołudnia. Za ogromnymi oknami miasto żyło swoim rytmem, ale tutaj, na najwyższym piętrze nowoczesnego biurowca, panowała cisza tak ciężka, jakby każda ściana nasiąkła cudzymi sekretami. W powietrzu unosił się zapach kawy, papieru i zmęczenia. Cihan siedział za masywnym biurkiem, wsparty łokciami o blat, z dłońmi splecionymi tak mocno, że pobielały mu kostki. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie człowieka opanowanego, jednego z tych mężczyzn, którzy przez całe życie uczą się nie drżeć nawet wtedy, gdy grunt usuwa im się spod nóg. Ale wystarczyło spojrzeć dłużej, by dostrzec prawdę: cień bezsenności pod oczami, napiętą linię szczęki, to ledwie zauważalne drżenie palców, które zdradzało, że w jego wnętrzu toczy się wojna.

Naprzeciwko niego siedziała Derya. Wyprostowana, spokojna, z tym rodzajem uważności, który mógł uchodzić za troskę, ale równie dobrze mógł być narzędziem nacisku. Nie podnosiła głosu. Nie musiała. Umiała zadawać pytania tak, by człowiek sam zaczął bać się własnych odpowiedzi. Patrzyła na Cihana długo, wnikliwie, jakby próbowała nie tyle zrozumieć jego sytuację, ile oszacować stopień zniszczenia.
W końcu przerwała milczenie. — Powiedz mi jedno, Cihanie — zaczęła cicho, a jej ton był dziwnie rzeczowy, niemal chłodny — Kiedy Hançer pozna całą prawdę… czy nadal będziesz chciał, żeby została przy tobie?
Pytanie zawisło między nimi jak ostrze. Cihan uniósł wzrok, jakby liczył, że usłyszał źle, że Derya sformułuje je inaczej, łagodniej. Ale ona nie odwracała spojrzenia. — Co to za pytanie? — mruknął po chwili. — Najważniejsze ze wszystkich — odparła — Nie pytam, czy ją kochasz. To widać. Nie pytam też, czy boisz się ją stracić. To również widać. Pytam o coś innego. Kiedy wszystko się wyda, kiedy dowie się o Beyzie, o dziecku, o milczeniu, o tym domu, w którym każdy korytarz jest pułapką… czy nadal będziesz chciał, żeby została? Naprawdę. Bez złudzeń. Bez męskich deklaracji, które dobrze brzmią, ale nie znaczą nic w chwili próby.
Cihan odchylił się lekko na fotelu. Przez sekundę wyglądał tak, jakby ktoś uderzył go w pierś niewidzialną pięścią. Potem odpowiedział z taką stanowczością, że nawet on sam był zaskoczony własnym głosem. — Tak. Oczywiście, że tak. Chcę, żeby została. Chcę tego bardziej niż czegokolwiek innego. I zrobię wszystko, żeby jej nie stracić.
Derya skinęła powoli głową. Jak ktoś, kto właśnie usłyszał potwierdzenie przypuszczeń. — W takim razie — powiedziała — istnieje tylko jedno rozwiązanie. Cihan zmarszczył brwi. — Jakie?.
Derya nie odpowiedziała od razu. Przesunęła dłonią po podłokietniku fotela, jakby starannie dobierała słowa, choć prawda była inna: ona już dawno wiedziała, co powie. Po prostu chciała, by wybrzmiało mocniej. — Przeciwwagą dla dziecka Beyzy może być tylko jedno dziecko — oznajmiła w końcu — Dziecko Hançer.
Zapadła cisza. Tak nagła, tak głęboka, że słychać było tykanie eleganckiego zegara stojącego na półce pod ścianą. Cihan patrzył na nią bez ruchu. W jego oczach pojawił się nie tyle gniew, ile niedowierzanie. — Co ty powiedziałaś?. — Słyszałeś mnie doskonale. — Deryo…. — Nie. Wysłuchaj mnie do końca — przerwała mu stanowczo — Beyza ma nad tobą przewagę, bo nosi twoje dziecko. To nie jest zwykła przewaga emocjonalna. To broń. Narzędzie nacisku. Powód, dla którego może żądać, szantażować, opóźniać, manipulować, odgrywać skrzywdzoną. Dopóki tylko ona jest matką twojego dziecka, dopóty będzie uważała, że ma prawo ustawiać twoje życie. Jeśli jednak Hançer również zajdzie w ciążę, układ sił się zmieni. Natychmiast.
Cihan wstał gwałtownie. Krzesło przesunęło się po podłodze z ostrym zgrzytem. Podszedł do okna, jakby potrzebował dystansu nie od słów Deryi, ale od samego powietrza w tym pokoju. — To obłęd — powiedział, stojąc do niej plecami. — Ty w ogóle słyszysz, co mówisz? — Słyszę aż za dobrze. Ty za to wciąż próbujesz udawać, że czas będzie pracował na twoją korzyść. — Hançer nie jest w ciąży — rzucił twardo. — To w ogóle nie ma sensu.
Derya lekko uniosła brew. W jej spojrzeniu pojawiło się coś, co mogło być zniecierpliwieniem. — Właśnie do tego zmierzam, damat — powiedziała, celowo używając słowa, które zabrzmiało niemal prowokacyjnie — Dlaczego jeszcze nie jest?. Cihan odwrócił się natychmiast. — Nie nazywaj mnie tak, kiedy mówisz takie rzeczy. — A jak mam cię nazywać? Człowiekiem zakochanym? Mężem? Winowajcą? Ofiarą? Wybierz sam. — To absurdalne pytanie! — wybuchł. — Dopiero od niedawna mieszkamy razem. Dopiero uczymy się siebie. Dopiero próbujemy w ogóle stworzyć coś normalnego w tym chaosie. A ty mówisz o dziecku tak, jakby chodziło o przesunięcie pionka na planszy!
— Bo życie czasem właśnie tak wygląda — odparła bez drgnienia. — Chciałbyś, żeby było czyste, piękne i uczciwe. Ale nie jest. Ty sam już dawno sprawiłeś, że nie jest.
To zdanie ugodziło go mocniej niż wcześniejsze. Cihan zacisnął usta. Derya widziała, że trafiła, i poszła dalej. — Dziecko zmienia wszystko — mówiła wolniej — Zmienia sposób, w jaki kobieta patrzy na dom. Na przyszłość. Na mężczyznę. Na ryzyko. Hançer dziś może myśleć o odejściu, jeśli pozna prawdę. Może rzucić ci w twarz wszystkie twoje kłamstwa i zamknąć za sobą drzwi bez jednego spojrzenia wstecz. Ale kobieta, która nosi dziecko… kobieta, która myśli nie tylko o sobie, ale też o tym, czy jej syn lub córka będą miały ojca… taka kobieta zatrzymuje się choćby na chwilę. Zaczyna kalkulować. Zaczyna się bać. Zaczyna wierzyć, że może dla dobra dziecka warto zostać trochę dłużej. Dać jeszcze jedną szansę. Poczekać.
— Więc o to chodzi? — zapytał Cihan z goryczą — Żebym zamknął ją przy sobie strachem?. — Nie strachem. Więzią. — To samo. — Nie. Nie dla każdej kobiety — odpowiedziała sucho — I nie udawaj, że nie rozumiesz różnicy.
Zbliżył się do biurka, oparł dłonie o blat i pochylił głowę. W tej pozycji wyglądał jak człowiek przygnieciony ciężarem własnych błędów. Gdy się odezwał, jego głos był cichszy. — Ja nie chcę jej zatrzymywać podstępem. — Naprawdę?.
To jedno słowo, wypowiedziane niemal szeptem, miało w sobie więcej oskarżenia niż krzyk. Cihan uniósł głowę. — Co to ma znaczyć?. Derya pochyliła się lekko do przodu. — To ma znaczyć, że już teraz żyjesz z nią w kłamstwie. Nie powiedziałeś Hançer prawdy o Beyzie. Nie powiedziałeś jej o całym ciężarze tej sytuacji. Pozwoliłeś, by obie kobiety znalazły się pod jednym dachem. Kazałeś jednej wierzyć w bezpieczeństwo, a drugiej dałeś przestrzeń do gry. I teraz mówisz mi, że nie chcesz niczego budować na manipulacji? Cihanie… z całym szacunkiem, ale ten etap już minął.
Te słowa rozdarły ciszę na strzępy. Przez chwilę Cihan nie odpowiadał. Zdawało się, że wszystkie argumenty, jakie próbował układać w głowie, rozsypują się, zanim dotrą do ust. W końcu odsunął się od biurka i usiadł z powrotem, tym razem ciężko, bez dawnej pewności.
— To nie jest takie proste — powiedział. — Wiem. Właśnie dlatego tu jestem. — Nie, nie wiesz. Ty widzisz układ, strategię, konsekwencje. Ale nie wiesz, co ja czuję, kiedy patrzę na Hançer. Nie wiesz, co znaczy widzieć w jej oczach zaufanie… i wiedzieć, że na nie nie zasłużyłem. Nie wiesz, jak to jest zasypiać ze świadomością, że jutro mogę ją stracić nie dlatego, że przestałem ją kochać, tylko dlatego, że za późno odważyłem się powiedzieć prawdę.
Derya patrzyła na niego uważnie. Tym razem nie przerywała. — Kiedy jest obok mnie — ciągnął — wszystko, co we mnie najgorsze, nagle staje się bardziej widoczne. Przy niej nie mogę udawać, że jestem lepszy, niż jestem. A mimo to… kiedy się uśmiecha, mam wrażenie, że może jeszcze nie wszystko stracone. Rozumiesz? Nie chcę, żeby pewnego dnia spojrzała na nasze dziecko i pomyślała, że było skutkiem mojego strachu. Nie chcę, żeby czuła się przeze mnie osaczona. Ona już wystarczająco wiele przeszła.
Derya westchnęła. Po raz pierwszy w jej twarzy pojawił się cień zmęczenia. — Myślisz, że to ja tego nie rozumiem? — zapytała ciszej — Myślisz, że mówię to, bo lubię takie rozwiązania? Nie. Mówię to, bo znam świat lepiej, niż bym chciała. Znam kobiety, ich lęki i ich siłę. Znam też mężczyzn takich jak ty — tych, którzy odkrywają prawdę o własnym sercu dopiero wtedy, kiedy wszystko zaczyna się walić. I wiem jedno: kiedy Hançer pozna całą prawdę, sama twoja miłość może nie wystarczyć.
Cihan zamknął oczy na krótką chwilę. — A jeśli wystarczy?. — A jeśli nie?. — Więc mam zrobić z niej więźniarkę? — Nie przesadzaj. — Naprawdę? — prychnął. — Mówisz o dziecku jak o kotwicy. O czymś, co ma ją fizycznie zatrzymać. To twoje słowa, nie moje.
Derya milczała przez moment, po czym wstała. Podeszła kilka kroków w stronę biurka, zatrzymała się naprzeciwko niego i powiedziała z niezwykłą powagą: — Posłuchaj mnie teraz bardzo uważnie. Nie mówię, że powinieneś ją skrzywdzić. Nie mówię, że masz ją zmusić. Nie mówię nawet, że dziecko rozwiąże wszystkie twoje problemy. Mówię tylko, że w twoim położeniu każda więź, każda nić, która może połączyć was mocniej, ma znaczenie. Ty wciąż myślisz kategoriami moralnej czystości, jakbyś nadal miał możliwość wyboru między dobrem a złem. A ty już nie jesteś w tym miejscu. Ty jesteś w miejscu, w którym wybiera się między katastrofą a stratą ograniczoną. Między krzywdą, która już się stała, a tą, którą jeszcze można powstrzymać.
W tym samym momencie telefon Cihana zaczął dzwonić. Ostry, natarczywy dźwięk rozszedł się po pomieszczeniu. Oboje spojrzeli na aparat leżący na biurku. Na ekranie wyświetliło się imię: Mukadder. Cihan patrzył przez sekundę, może dwie. Potem odwrócił telefon ekranem do blatu. Nie odebrał.
Daleko od tego gabinetu Mukadder zacisnęła usta tak mocno, że niemal zniknęły. Stała w salonie własnego domu, elegancka i wzburzona, z telefonem w dłoni. Przez chwilę jeszcze wpatrywała się w ekran, jakby sama siłą wzroku mogła zmusić syna do odpowiedzi. Potem opuściła rękę i syknęła pod nosem: — Ach, Cihan, ach….
W jej głosie pobrzmiewał wyrzut, ale pod spodem czaiło się coś głębszego: irytacja człowieka, który nie panuje nad sytuacją. A Mukadder nie znosiła braku kontroli. Obok niej stała młoda kobieta o kręconych włosach. Milczała, lecz uważnie obserwowała każdy ruch starszej pani. Zbyt młoda, by ingerować, zbyt bystra, by nie rozumieć, że coś się wymyka.
— Oczywiście — mruknęła Mukadder. — Oczywiście właśnie teraz musiał zniknąć. Właśnie teraz, kiedy wszystko zaczyna się komplikować. Nie odbiera. Nie oddzwania. Jakby świat miał poczekać, aż on postanowi łaskawie się pojawić.
Młoda kobieta ostrożnie odezwała się po chwili: — Może jest zajęty, pani Mukadder. — Zajęty? — powtórzyła ostro, odwracając się ku niej. — Mężczyzna może być zajęty, kiedy chodzi o interesy. Ale nie wtedy, kiedy dom stoi na krawędzi skandalu. Nie wtedy, kiedy Beyza jest w tym stanie, Hançer niczego nie wie, a ludzie zaczynają szeptać po kątach!
Dziewczyna spuściła wzrok. Mukadder zaczęła chodzić po salonie, stawiając kroki szybkie i gniewne. — Znalazł sobie najgorszy możliwy moment, żeby milczeć. Najgorszy! — rzuciła. — Jakby to wszystko miało się samo rozwiązać. Jakby kobiety w tym domu nie miały własnej pamięci, własnych oczu, własnych podejrzeń.
Zatrzymała się nagle i znów spojrzała na telefon. Tym razem nie zadzwoniła. Wiedziała, że kolejna próba tylko jeszcze bardziej podsyci jej własną frustrację.
Tymczasem w gabinecie Cihana napięcie nie słabło. — Powinienem odebrać — powiedział bardziej do siebie niż do Deryi. — Nie — odparła. — Jeśli odbierzesz teraz, znowu uciekniesz od tej rozmowy. — A może właśnie powinienem od niej uciec. — Nie możesz. Nie tym razem.
Spojrzał na nią z cieniem gniewu. — Dlaczego ty tak bardzo naciskasz? Derya skrzyżowała ramiona. — Bo ktoś musi. Bo wszyscy wokół ciebie zachowują się tak, jakby prawda mogła jeszcze zostać zamknięta w szufladzie. Bo matka będzie chroniła nazwisko, Beyza będzie chroniła swój interes, a Hançer… Hançer będzie ostatnią osobą, która pozna prawdę, choć to ona zapłaci za nią najwyższą cenę.
Słowo „cena” zabrzmiało wyjątkowo ciężko. Cihan znów usiadł, tym razem wolniej. Na jego twarzy widać było rozdarcie, z którym nie umiał już walczyć. — Powiedzmy, że cię słucham — rzucił. — Powiedzmy, że rozważam to, co mówisz. I co dalej? Mam wrócić do domu, spojrzeć Hançer w oczy, udawać czułość, kiedy w głowie będę miał twoje słowa? Mam planować przyszłość, wiedząc, że każdy dotyk może być już skażony intencją? Czy ty rozumiesz, co to zrobi ze mną? Co to zrobi z nią, jeśli kiedyś się dowie?
Derya usiadła z powrotem i odpowiedziała spokojnie: — Ona i tak się dowie o czymś gorszym. O tym, że wszyscy wiedzieli, tylko nie ona. O tym, że była ostatnia. O tym, że mieszkała pod jednym dachem z kobietą, która nosi dziecko twoje albo przynajmniej dziecko, które stało się osią waszego życia, a ty patrzyłeś jej w twarz każdego dnia i milczałeś. To już jest zdrada. Nie hipotetyczna. Nie przyszła. Już dokonana.
Każde kolejne zdanie wbijało się w Cihana jak gwóźdź. — Nie chciałem jej zranić — powiedział cicho. — A zraniłeś. — Chciałem ją ochronić. — Przed czym? Przed prawdą? Przed rzeczywistością? Przed własnym lękiem? — Derya pokręciła głową — Mężczyźni bardzo często nazywają ochroną to, co w istocie jest tchórzostwem.
Cihan poderwał głowę. — Uważaj. — Nie grożę ci, tylko stawiam lustro. Chciałeś zyskać czas. I rozumiem to. Ale czas nie jest neutralny. Czas też podejmuje decyzje. Każdy dzień twojego milczenia staje się częścią oskarżenia.
Przez długą chwilę oboje milczeli. Słychać było jedynie szum klimatyzacji i przytłumione dźwięki miasta za szybą. W końcu Derya odezwała się znów, już bez wcześniejszej ostrości. Jej głos był teraz bardziej ludzki, bardziej osobisty.
— Wiesz, dlaczego mówię ci to wszystko? Bo sama kiedyś myślała m, że wystarczy miłość. Że jeśli dwoje ludzi naprawdę chce być razem, reszta jakoś się ułoży. Że dziecko, rodzina, wspólny stół, codzienność — to wszystko przyjdzie naturalnie. Ale życie nie jest naturalne, Cihanie. Ono jest brutalne. Czasem to właśnie dziecko sprawia, że ludzie, którzy już stoją nad przepaścią, cofają się o krok. Nie zawsze z miłości. Czasem z odpowiedzialności. Czasem z lęku. Czasem z nadziei, że nie wolno im niszczyć wszystkiego, jeśli ktoś trzeci ma przyjść na świat.
Na moment jej twarz złagodniała. — Gdyby nie pewne więzy, moje małżeństwo z Cemilem rozpadłoby się znacznie wcześniej — dodała ciszej — Były chwile, kiedy byłam gotowa odejść, spalić za sobą mosty, przestać wierzyć w cokolwiek. I wiesz, co mnie zatrzymywało? Nie romantyczne słowa. Nie obietnice. Tylko świadomość, że rodzina jest czymś więcej niż chwilowym gniewem. Że kiedy w grę wchodzi dziecko, człowiek zaczyna myśleć inaczej.
Cihan przyglądał jej się, jakby pierwszy raz naprawdę ją słyszał. — Ale to twoja historia, nie Hançer — powiedział. — Oczywiście. Hançer jest inna. Silniejsza. Dumna. Bardziej nieprzewidywalna. I właśnie dlatego ci mówię: jeśli zrozumie skalę kłamstwa, nie zawaha się odejść. Ona nie będzie cicho płakać w poduszkę i czekać, aż ktoś ją przeprosi. Ona podniesie głowę i pójdzie. I nie zatrzyma jej ani twoja skrucha, ani twoja rozpacz.
Te słowa były tak zgodne z tym, czego Cihan bał się najbardziej, że aż odruchowo zacisnął palce na krawędzi biurka. W jego wyobraźni pojawił się obraz Hançer: stojącej w drzwiach, z twarzą bladą od bólu i oczyma ciemnymi od rozczarowania. Nie krzyczącej. Nie histerycznej. Właśnie nie. Najgorsza w niej byłaby ta cisza, ten moment, w którym miłość zastyga i zamienia się w coś obcego. W chłód. W godność. W decyzję.
— Przestań — powiedział, choć sam nie wiedział, czy do Deryi, czy do własnych myśli. — Nie mogę. — Przestań malować przede mną ten obraz. — To nie ja go maluję. Ty sam go stworzyłeś.
Cihan wstał ponownie i zaczął chodzić po gabinecie. Każdy krok zdradzał narastające napięcie. — Dobrze — rzucił po chwili. — Załóżmy, że masz rację. Załóżmy, że Hançer odejdzie, kiedy się dowie. Załóżmy, że dziecko mogłoby ją zatrzymać. Nawet wtedy… jak mam z tym żyć? Jak mam patrzeć na siebie? Jak mam budować rodzinę na takiej podstawie?
Derya uniosła na niego wzrok. — A na czym teraz ją budujesz?.
To pytanie niemal go zatrzymało. — Właśnie. — Derya nie czekała na odpowiedź. — Ty wciąż mówisz o przyszłej winie, a uciekasz od obecnej. Jakbyś próbował zachować resztki moralnej przewagi w sytuacji, w której od dawna jej nie masz. Nie dlatego, że jesteś potworem. Nie jesteś. Ale dlatego, że byłeś słaby, a słabość też rani.
Cihan zatrzymał się przy oknie i oparł czoło o chłodną szybę. Po raz pierwszy wyglądał nie jak potężny mężczyzna, który może uporządkować świat jednym telefonem, lecz jak ktoś nagle bardzo samotny. — Kocham ją — powiedział tak cicho, że niemal szeptem. — Wiem. — I właśnie dlatego nie chcę jej złamać. — A czy sądzisz, że prawda, którą odkryje zbyt późno, jej nie złamie?.
Nie odpowiedział. Derya wstała po raz ostatni. Podeszła do biurka, położyła dłoń na oparciu fotela, w którym przed chwilą siedziała, i spojrzała na niego z mieszaniną surowości i współczucia.
— Posłuchaj mnie uważnie, Cihanie. Nie przyszłam tu po to, żeby mówić ci, co masz zrobić w sypialni. To nie moja rola. Przyszłam po to, żebyś wreszcie zrozumiał skalę katastrofy. Ty myślisz, że wciąż można ocalić wszystko bez strat. Nie można. Coś już pękło. Pytanie tylko, czy pęknie do końca.
Odwrócił się w jej stronę. — I twoim zdaniem jedyną kotwicą jest dziecko?. Derya zawahała się po raz pierwszy. Ale tylko na ułamek sekundy. — Jedyną, która mogłaby zatrzymać Hançer fizycznie w tym domu, kiedy dowie się o wszystkim — odpowiedziała — Nie mówię, że zatrzyma jej gniew. Nie mówię, że uratuje jej zaufanie. Ale mogłaby sprawić, że nie odejdzie natychmiast. A czasem kilka dni, kilka tygodni, kilka miesięcy… to jedyna szansa, żeby z ruin zbudować cokolwiek. — To okrutne. — Okrutne jest też to, że umieściłeś ją w samym środku tego piekła i nazwałeś to ochroną.
Tego już nie skontrował. Nie potrafił. Derya widziała, że każde jej słowo osiada na nim warstwami: gniew, wstyd, opór, lęk. Ale widziała też coś jeszcze. Miłość. Prawdziwą, bezradną, niemal rozpaczliwą. I być może właśnie dlatego była dla niego tak bezwzględna — bo wiedziała, że ludzie naprawdę zakochani potrafią popełniać najgorsze błędy w imię zatrzymania ukochanej osoby.
— Sytuacja jest niezwykle trudna — powiedziała już ciszej. — I sam zapędziłeś się w kozi róg. Nie Beyza. Nie twoja matka. Nie los. Ty. Możesz teraz obrażać się na moje słowa, możesz uznać mnie za cyniczną, ale to niczego nie zmieni. Gdy Hançer dowie się o dziecku Beyzy, o twoim milczeniu, o tym, że wszyscy wiedzieli, a ona była ostatnia… jej miłość nie wygaśnie spokojnie. Ona zmieni się w gniew. W poczucie upokorzenia. W przekonanie, że została zdradzona przez człowieka, któremu oddała serce.
W gabinecie znów rozległa się cisza. Tym razem bardziej mroczna niż wcześniej. Cihan nie ruszał się przez dłuższą chwilę. Wpatrywał się w przestrzeń gdzieś ponad ramieniem Deryi, ale tak naprawdę widział tylko własne błędy, jeden za drugim, niczym rozsypane odłamki szkła. Widział Hançer wchodzącą do rezydencji z ufnością, której nie powinien był przyjmować bez prawdy. Widział Beyzę, jej obecność, jej rosnące znaczenie, jej nienarodzone dziecko, które stawało się osią cudzych decyzji. Widział matkę, która zapewne już teraz snuła własne plany. I widział siebie — człowieka rozdartego między miłością a strachem, między pragnieniem uczciwości a odruchem zatrzymania przy sobie tego, co najcenniejsze.
— A jeśli powiem jej prawdę dziś? — zapytał nagle. Derya spojrzała na niego uważnie. — Dziś?. — Tak. Dziś. Bez dalszego odwlekania. Bez nowych kłamstw. Bez pułapek. A potem… niech sama zdecyduje. Derya powoli wypuściła powietrze. — To byłoby uczciwe. — Wreszcie. — Ale możesz ją stracić natychmiast. — Wiem. — I mimo to to rozważasz?.
Cihan zamknął oczy. Gdy je otworzył, było w nich coś ciężkiego, niemal bolesnego, lecz czystszego niż wcześniej. — Nie wiem, co rozważam — powiedział szczerze. — Wiem tylko, że nie mogę dłużej oddychać w tym kłamstwie. Każda godzina sprawia, że wszystko staje się jeszcze bardziej brudne.
Derya przyglądała mu się dłuższą chwilę. — To może być twoje jedyne odkupienie — przyznała w końcu. — Ale pamiętaj: odkupienie nie zawsze oznacza ocalenie. — Może już na nie nie zasługuję. — Być może — odparła bezlitośnie. — Ale Hançer zasługuje na wybór.
To zdanie przecięło wszystko. Po nim nie było już wiele do dodania. Derya sięgnęła po torebkę i ruszyła ku drzwiom. Zatrzymała się jednak na chwilę, kładąc dłoń na klamce. — I jeszcze jedno — powiedziała, nie odwracając się — Jeżeli będziesz nadal zwlekał, ktoś inny powie jej prawdę za ciebie. A wtedy nie zostanie ci nawet godność człowieka, który przynajmniej zdobył się na odwagę.
Drzwi zamknęły się za nią cicho. Cihan został sam. Telefon na biurku znów rozświetlił się krótkim powiadomieniem. Nie musiał patrzeć, by wiedzieć, że to może być kolejna próba kontaktu, kolejny problem, kolejna nić w sieci, którą sam wokół siebie utkał. Gabinet, jeszcze chwilę temu po prostu elegancki i przestronny, teraz wydawał mu się duszny, zbyt wąski, jak cela zbudowana z własnych decyzji.
Podszedł do biurka i spojrzał na ekran. Wiadomość od Mukadder. Krótka. Nerwowa. Żądająca natychmiastowego powrotu. Prawie się roześmiał, ale był to śmiech bez radości. Bo nagle zrozumiał coś, czego do tej pory nie chciał dopuścić do świadomości: największym zagrożeniem nie był ani krzyk matki, ani presja Beyzy, ani nawet słowa Deryi. Największym zagrożeniem był moment, w którym Hançer spojrzy na niego i już nie zobaczy w nim mężczyzny, którego pokochała, tylko człowieka, który uznał, że ma prawo decydować za nią o prawdzie, bólu i przyszłości.
A przed takim spojrzeniem nie chroniła żadna władza, żaden dom, żadne nazwisko. Tylko prawda. I być może było już na nią o wiele za późno.