
Witajcie, drodzy widzowie w Polsce! Zapewne teraz, śledząc obecne odcinki pierwszego sezonu, widzicie Cihana, który jest dość chłodny i sztywny, oraz Hançer, która zawsze musi być wycofana i doznaje wielu krzywd
0:27Między nimi wciąż zdaje się stać ogromny, niewidzialny mur nieporozumień i uprzedzeń
0:35Ale moi drodzy, bądźcie cierpliwi, bo nadchodzące wydarzenia będą niezwykle pasjonujące! Dziś zabiorę was w „podróż w czasie” do 102
0:48odcinka drugiego sezonu, abyście mogli zobaczyć całkowitą przemianę głównego bohatera, Cihana
0:57Miłość odmieniła to lodowate serce. Cihan, którego znacie z pierwszego sezonu, wkrótce stanie się mężczyzną zakochanym po uszy, pełnym pasji i gotowym na wszystko – nawet na użycie swojej dominującej natury – by zatrzymać kobietę, którą kocha!
1:16Historia z przyszłości przenosi nas do sceny niezwykle napiętej, ale i pełnej słodyczy
1:24Hançer, z jakiegoś powodu, postanawia spakować walizki i odejść. Jednak Cihan nie jest już tym samym obojętnym mężczyzną co wcześniej
1:35Natychmiast zagradza jej drogę i stanowczo oświadcza:.„Nigdzie nie idziesz, nie pozwalam ci!”
1:43Uparta Hançer odpowiada:.„Puść mnie, Cihan! Nigdy nie wrócę do tego domu!”.W tej chwili, zamiast dalej się kłócić, Cihan robi coś, co sprawia, że serca widzów topnieją
1:58Z determinacją kogoś, kto nie chce stracić miłości swojego życia, podchodzi, zdecydowanie bierze Hançer na ramiona i niesie ją prosto do rezydencji
2:10Mimo że Hançer ciągle się wyrywa, krzyczy i ostrzega, że jest naprawdę wściekła, Cihan milczy, mocno ją obejmuje i pewnie kroczy przed siebie
2:22Gdy Cihan wnosi ją na środek salonu, cała rodzina patrzy z niedowierzaniem. Ignorując spojrzenia wszystkich, Cihan stawia Hançer na ziemi i wypowiada słowa jednocześnie pełne miłości i absolutnego pragnienia posiadania:
2:39„Kiedyś błagałem cię, żebyś została. ale teraz zatrzymam cię tu siłą. Oboje tu zostaniemy!”
2:48Jak widzicie, Cihan, który w pierwszych odcinkach zawsze zachowywał dystans, w 102
2:57odcinku nie potrafi już ukryć swoich gwałtownych uczuć do Hançer. Już niedługo będziecie mogli zobaczyć tę spektakularną przemianę na własne oczy
3:08Czy wy również czekacie na moment, w którym Cihan tak mocno bierze Hançer w ramiona? Dajcie mi znać w komentarzach!
3:18A teraz przejdźmy do szczegółów tego odcinka:.Hançer stała przed rezydencją tak, jakby stała przed granicą świata, którego już nie umiała w sobie udźwignąć
3:31Powietrze było chłodne, a jednak na jej skórze palił ciężar upokorzeń, niedopowiedzianych słów, ciszy, która potrafi ranić mocniej niż krzyk
3:43Patrzyła w dal — nie dlatego, że szukała drogi, lecz dlatego, że tam, daleko, wyobrażała sobie miejsce, w którym jej serce wreszcie przestanie się trząść
3:56Łzy zbierały jej się w kącikach oczu uparcie, jakby nie rozumiały, że dziś nie ma już miejsca na sentymenty
4:06Przełknęła ślinę, a w gardle poczuła tę charakterystyczną gulę, która pojawia się, kiedy człowiek staje się własnym sędzią
4:17— Wystarczy… — wyszeptała do siebie, tak cicho, że nawet wiatr nie był pewien, czy to usłyszał
4:26Odwróciła się.Ten jeden ruch, prosty jak odwrócenie kartki, ważył więcej niż wszystkie dni, które tu przeżyła
4:36Nogi miała jak z ołowiu. Brukowany podjazd ciągnął się przed nią długo, jakby rezydencja specjalnie układała kamienie w taki sposób, aby każdy krok był przypomnieniem: „Tu należysz
4:50Tu cię zamknęliśmy. Tu cię przetworzyliśmy”.Szła jednak.Z każdym metrem jej oddech stawał się bardziej urywany
5:00W oczach miała obrazy: Cihan, kiedy patrzył na nią z chłodem, choć w tym chłodzie czasem migotało coś, czego nie potrafiła nazwać; Mukadder, kiedy mówiła o niej jak o problemie, nie jak o człowieku; służące, które raz współczuły, raz odwracały wzrok, bo w takich domach współczucie jest luksusem, a luksus jest reglamentowany
5:24„Odejdę” — powtarzała w myślach. „Odejdę, zanim mnie tu złamią do końca”.I wtedy usłyszała szybkie kroki
5:34Nie odwróciła się od razu, bo serce i tak wiedziało szybciej niż rozum.— Hançer! — głos Cihana przeciął powietrze, twardy, napięty, jakby wyrzucony z miejsca, w którym aż kipiało
5:49Zatrzymała się na ułamek sekundy, tylko tyle, by oddech uciekł jej z płuc.„Nie. Nie patrz
5:58Nie daj się”.Ruszyła dalej, ale on już był przy niej. Jego dłoń zamknęła się na jej nadgarstku zdecydowanie, zbyt mocno, zbyt pewnie — jakby to nie była prośba, tylko rozkaz
6:13Hançer syknęła z bólu, a w jej oczach natychmiast zapłonęła desperacja.— Puść mnie! — wyrwało jej się ostro, inaczej niż zwykle
6:25Bez tej miękkości, którą kiedyś oddawała ludziom nawet wtedy, gdy na nią nie zasługiwali
6:33— Puść mnie, Cihan. Natychmiast.Próbowała się wyszarpnąć, ale jego chwyt był jak stalowy pierścień
6:43— Nie. — Jego odpowiedź była krótka. W tej jednej sylabie było coś niebezpiecznego: determinacja, która przestaje rozróżniać granice
6:54Odwrócił ją do siebie. Hançer poczuła, jak jej włosy muskają policzek, jakby nawet one chciały zasłonić ją przed tym spojrzeniem
7:05Spojrzeniem, które znała… a które dziś było inne. Ciemniejsze. Jakby ktoś w nim zgasił wszystkie lampy i zostawił tylko jeden płomień: upór
7:17— Nie wrócę do tego domu — powiedziała, a głos jej zadrżał. Nie ze strachu. Z bólu, który próbował stać się odwagą
7:28— Nie wrócę do twojej matki, do tych ścian, do tego… wszystkiego. Nie zaciągniesz mnie tam siłą
7:37Na słowo „siłą” jego szczęka zadrżała.— Właśnie, że zaciągnę — odpowiedział cicho
7:46I to było gorsze niż krzyk. — Bo nie pozwolę ci odejść.— Kim ty jesteś, żeby mi nie pozwolić?! — Hançer niemal się zaśmiała, ale to nie był śmiech
7:58To była rozpacz wykrzywiona w dźwięk. — Mój mąż? Czy mój strażnik?.W jego oczach błysnęło coś, jakby to pytanie uderzyło w miejsce, które bolało najbardziej
8:11— Wracamy do środka — powiedział, jakby zamykał dyskusję. — Teraz.— Nie!.Wyrwała się gwałtowniej, z całej siły, która w niej została
8:23Jej dłoń uderzyła go w klatkę piersiową — nie mocno, nie po to, by zranić, ale by odsunąć
8:32By zrobić choć centymetr przestrzeni.— Zostaw mnie, Cihan! Zostaw! — powtórzyła, a łzy w końcu spłynęły jej po policzkach, gorące i wściekłe
8:45Przez chwilę wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś miękkiego. Jakby chciał wyciągnąć rękę nie po to, by zatrzymać, ale by przytulić
8:56Ale ten moment minął, jak mgnienie. Coś w nim pękło. Coś, co trzymało go w ryzach
9:05— Skoro nie rozumiesz słów… — wymamrotał i nagle jego cierpliwość zniknęła jak dym
9:13Zanim Hançer zdążyła cofnąć się o krok, Cihan zrobił coś, czego nie spodziewała się nawet w najgorszych myślach
9:23Pochylił się, zarzucił jej ramię przez swoją szyję, podniósł ją jednym zdecydowanym ruchem, jakby była lekka jak cień, a potem przerzucił sobie przez ramię
9:36Świat odwrócił się o sto osiemdziesiąt stopni.Hançer krzyknęła, nie tylko z szoku, ale z upokorzenia
9:46— Cihan! Co ty robisz?! Puść mnie! — waliła pięściami w jego plecy, kopała nogami w powietrze, szarpała się jak ktoś, kto tonie i chwyta się czegokolwiek, by złapać oddech
10:01— Puść mnie! Słyszysz?!.On jednak szedł, twardo, szybko, jakby każdy jej protest był tylko dźwiękiem tła
10:11Jakby nie niósł człowieka, tylko problem do rozwiązania.I w tym samym momencie… zabrzmiało coś absurdalnie skocznego
10:21Najpierw Hançer pomyślała, że to jej głowa płata jej figle. Ale nie. Gdzieś w środku domu, za drzwiami, ktoś miał włączony telefon albo radio — wesoła melodia wyskoczyła jak pajac z pudełka
10:36Lekka, komiczna, kompletnie niepasująca do dramatu, który rozgrywał się na oczach świata
10:45To było tak niedorzeczne, że przez sekundę Hançer aż zabrakło słów.— Naprawdę? — wydusiła wreszcie, z niedowierzaniem zmieszanym z wściekłością
10:57— Nawet muzyka się ze mnie śmieje?!.— To nie ja! — warknął przez zęby, jakby też czuł, że los kpi w najbardziej okrutny sposób
11:08Wesoła melodia towarzyszyła im jeszcze kilka kroków, jakby drwiła z faktu, że człowiek może pękać w środku, a świat i tak będzie grał swoje
11:20Drzwi wejściowe otworzyły się szeroko. Ogromny hol rezydencji przyjął ich chłodem marmuru, zapachem drogich perfum i ciszą, która była jak uderzenie
11:32A jednak ta cisza trwała tylko ułamek sekundy.Bo w holu byli ludzie.Rodzina, służba, ci, którzy zawsze krążą po korytarzach tak, by widzieć wszystko, a jednocześnie nigdy nie wyglądać na ciekawych
11:48Kiedy Cihan wszedł z Hançer przerzuconą przez ramię, wszyscy zastygli.Mukadder, w wyrazistej fioletowej marynarce, miała na twarzy coś, czego Hançer nie widziała u niej często: czyste zdumienie
12:03Jej usta rozchyliły się, jakby chciała powiedzieć „to niemożliwe”, ale słowa utknęły jej w gardle
12:12Sinem w szarym hidżabie zrobiła krok do przodu, po czym natychmiast cofnęła się, jakby bała się, że sama zostanie wciągnięta w to tornado
12:23Fadime i Gülşüm — stojące z boku z tacą i ściereczką w dłoniach — wymieniły spojrzenia
12:32To spojrzenie, które mówi: „Boże miłosierny, co ja właśnie widzę?” i równocześnie: „Zapamiętam każdy szczegół, bo jutro w kuchni nikt mi nie uwierzy”
12:45Hançer szarpała się, krzyczała, policzki miała mokre, włosy rozczochrane.— Postaw mnie na ziemi! — wołała
12:56— To jest upokarzające! Postaw mnie, Cihan!.Mukadder odzyskała głos.— Cihan! — jej ton był ostry jak nóż, choć w oczach wciąż miała niedowierzanie
13:09— Co ty wyprawiasz?! Oszalałeś? W moim domu?!.„W moim domu” — te dwa słowa zabolały Hançer bardziej niż chwyt na nadgarstku
13:20Bo nagle przypomniały jej, że dla Mukadder ona nigdy nie była „u siebie”. Ona była gościem
13:29Czasem niechcianym. Czasem tolerowanym. Nigdy równym.Cihan nawet nie spojrzał na matkę
13:38Jakby jej pytanie nie miało prawa zatrzymać go choćby na sekundę. Jego kroki odbijały się echem od marmuru, a ludzie rozstępowali się jak woda przed statkiem
13:50— Cihan! — powtórzyła Mukadder, teraz już z gniewem. — Odpowiedz mi!.Sinem, zbierając odwagę, szepnęła:
14:00— Panie Cihan… może… może spokojniej….Fadime aż przyłożyła dłoń do ust, jakby sama chciała uciszyć własne serce
14:11Gülşüm, drżącym szeptem, wychyliła się do niej:.— Ja ci mówiłam, że on ją kocha, tylko się boi…
14:21— To nie jest miłość, to jest huragan — syknęła Fadime, ale w jej oczach było też coś na kształt współczucia
14:31Hançer, słysząc urywki szeptów, poczuła kolejną falę upokorzenia. Ona nie chciała być tematem
14:40Nie chciała być widowiskiem.Cihan już był na schodach. Wnosił ją na górę, jakby niósł własną decyzję — ciężką, upartą, nie do zatrzymania
14:52— Puść mnie! — Hançer krzyczała, aż gardło ją piekło. — Cihan, proszę… nie rób tego…
15:01To „proszę” wypłynęło z niej mimowolnie. Może dlatego, że w środku wciąż była ta dziewczyna, która kiedyś wierzyła, że prośby mają znaczenie
15:13Że człowiek nie musi walczyć o podstawowy szacunek.On nie odpowiedział. Ale jego ramiona na moment zesztywniały, jakby to słowo dotknęło go bardziej, niż chciałby przyznać
15:26Korytarz na piętrze był długi, przytłumiony dywanami, ciszą, która tu miała inną temperaturę: intymną, gęstą
15:37Cihan szedł prosto do ich wspólnej sypialni.Drzwi otworzył jedną ręką. Wszedł. Zamknął je za sobą z mocnym kliknięciem, które zabrzmiało jak zatrzaśnięcie klatki
15:51I wtedy postawił Hançer… a właściwie rzucił ją na łóżko. Duże, eleganckie, z narzutą, która teraz zsunęła się w nieładzie, jakby sama też nie zgadzała się na tę przemoc emocji
16:06Hançer natychmiast poderwała się, jak sprężyna.— Otwórz drzwi. Otwórz je! — rzuciła, idąc w stronę wyjścia
16:16Nie zdążyła zrobić nawet dwóch kroków, kiedy Cihan znalazł się przed nią. Pochylił się, oparł kolano o materac, blokując jej drogę tak, że musiała się cofnąć
16:30A kiedy cofnęła się na łóżko, on nachylił się nad nią, z twarzą tak blisko, że mogła policzyć każdą jego nierówność oddechu
16:41W tej bliskości było coś intensywnego, niemal duszącego. Jakby powietrze w pokoju nagle stało się za małe dla ich emocji
16:52— Błagałem cię — powiedział cicho. Ale w tym „cicho” drżał gniew, żal, rozpacz. — Prosiłem, żebyś została
17:03Hançer patrzyła na niego z szeroko otwartymi oczami. W jej spojrzeniu mieszał się strach i zdumienie, ale też… coś jeszcze
17:14Coś, czego sama nie chciała nazwać, bo nazwanie tego byłoby zdradą własnej decyzji
17:22— Błagałeś? — wyszeptała. — Ty… błagałeś?.— Tak. — Jego oczy błyszczały. — I nic. Ani jedno moje słowo nie zatrzymało cię na tej drodze
17:34— Bo twoje słowa przychodzą za późno! — jej głos pękł. — Zawsze za późno, Cihan! Kiedy cierpiałam, kiedy byłam sama, kiedy twoja matka mnie niszczyła, kiedy wszyscy patrzyli na mnie jak na… jak na kogoś gorszego… wtedy gdzie byłeś?
17:52— Byłem. — Jego szczęka znów stwardniała. — Zawsze byłem.— Nie! — krzyknęła. — Byłeś obok, ale nie ze mną! To różnica! Zostawiałeś mnie samą w tym domu! A teraz, kiedy wreszcie mam siłę odejść, nagle przypomniałeś sobie, że jestem twoją żoną?!
18:11Te słowa wypełniły pokój jak dym. Ciężkie, gryzące, prawdziwe.Cihan przymknął na moment oczy, jakby uderzyła go prosto w pierś
18:23— Nie pozwolę ci odejść — powtórzył, tym razem jeszcze ciszej, ale z taką intensywnością, że Hançer poczuła dreszcz
18:33— Nie masz prawa — odpowiedziała, a jej głos drżał już inaczej. — Nie masz prawa mnie zatrzymywać
18:42— Mam jedno prawo. — Otworzył oczy. — Prawo do walki o ciebie.— Walka? — Hançer zaśmiała się krótko, gorzko
18:52— To nie jest walka. To jest… to jest przemoc.Słowo „przemoc” zawisło między nimi i nawet Cihan wyglądał, jakby na moment stracił grunt pod nogami
19:05W jego oczach pojawiło się coś jak wstyd. Jakby dopiero teraz zobaczył siebie z zewnątrz: mężczyznę, który niesie kobietę przez dom, wbrew jej woli, na oczach wszystkich
19:18— Ja… — zaczął, ale głos mu się urwał.Hançer wykorzystała tę sekundę. Spróbowała zsunąć się bokiem, wstać, prześlizgnąć obok niego
19:30On jednak zareagował natychmiast, instynktownie. Jego dłoń dotknęła materaca obok jej biodra, zatrzymując ją
19:40Nie uderzył. Nie szarpnął tym razem. Po prostu… zablokował.— Nie. — To słowo znów zabrzmiało jak zamek
19:50— Cihan… — jej głos stał się nagle cichy. — Posłuchaj mnie. Ja nie uciekam, bo chcę cię zranić
19:59Ja uciekam, bo jeśli zostanę, zniknę. Rozumiesz? Zniknę.On patrzył na nią, jakby walczył z samym sobą
20:10Jakby w środku miał dwa głosy: jeden, który krzyczał „zatrzymaj”, i drugi, który szeptał „nie rób jej krzywdy”
20:21— Zostaniesz tutaj — powiedział w końcu, twardo, ale głos mu zadrżał. — Oboje tu zostajemy
20:30Hançer pobladła.— Co to znaczy?.Cihan nachylił się jeszcze bardziej, a w jego spojrzeniu było coś rozdzierającego
20:40Nie triumf. Nie zadowolenie. Raczej desperacja człowieka, który nie umie inaczej
20:48— Skoro prośby nie pomogły — powiedział wolno — zatrzymam cię w tym pokoju siłą.Hançer wciągnęła powietrze tak gwałtownie, jakby dostała policzek
21:00— Ty… ty mówisz to naprawdę? — szepnęła.— Tak. — Słowo padło jak kamień.Jej oczy wypełniły się łzami na nowo, ale tym razem to nie był tylko ból
21:13To było też poczucie zdrady. Bo ona gdzieś głęboko wciąż chciała wierzyć, że Cihan będzie inny
21:22Że kiedy stanie na granicy, wybierze szacunek. A on wybierał kontrolę.— Boisz się, że odejdę — powiedziała cicho
21:32— A ja boję się, że zostanę.Cihan drgnął, jakby te słowa rozcięły go od środka.W pokoju zrobiło się tak cicho, że słyszeli własne oddechy
21:44Gdzieś daleko, w głębi domu, może wciąż ktoś miał włączoną tę komiczną melodię, ale tu, w tej sypialni, nie było już miejsca na żart
21:56Tu wszystko było nagie.Hançer podniosła dłoń i przycisnęła ją do własnej piersi, jakby chciała uspokoić serce
22:06— Jeżeli mnie kochasz — powiedziała, a jej głos był jak cienka nitka — to mnie nie zamykaj
22:15Nie zatrzymuj mnie jak… rzecz.Cihan zacisnął palce, aż pobielały mu knykcie. Widać było, że walczy
22:25Że chce powiedzieć „masz rację”, a jednocześnie jego lęk jest tak wielki, że woli być złym człowiekiem, niż samotnym
22:36— Hançer… — wymówił jej imię tak, jakby było modlitwą i przekleństwem jednocześnie
22:44— Ja nie umiem… ja nie umiem patrzeć, jak odchodzisz.— A ja nie umiem oddychać, kiedy mnie dusisz — odpowiedziała
22:54Te słowa zawisły między nimi jak ostrze.Cihan odsunął się o milimetr. To było prawie nic
23:03A jednak w tej mikroskopijnej przestrzeni pojawiła się możliwość — nie ucieczki, nie zwycięstwa, ale rozmowy
23:13Jego wzrok przesuwał się po jej twarzy: po łzach, po drżących ustach, po oczach, które kiedyś patrzyły na niego z nadzieją, a dziś patrzyły z obroną
23:25— Myślisz, że to wszystko jest mi obojętne? — zapytał w końcu, a w jego głosie pojawiło się coś miękkiego, co wcześniej tłumił
23:36— Myślisz, że ja nie widzę, co zrobiła ci moja matka? Że nie słyszę tych słów, którymi cię ranią?
23:45— To czemu nic nie zmieniłeś? — Hançer uniosła brodę. — Czemu pozwalałeś?.Jego twarz stężała
23:54Widać było w nim ten stary nawyk: być twardym. Ale z tej twardości zaczęły przeciekać pęknięcia
24:03— Bo… — zaczął i urwał. Wziął oddech. — Bo całe życie uczyli mnie, że jeśli chcę przetrwać w tej rodzinie, muszę być zimny
24:14Że uczucia są słabością. Że matka ma rację, bo jest matką. Że… kobieta, która przychodzi z zewnątrz, musi się dopasować
24:26Hançer słuchała, a jej oczy na moment złagodniały, choć ból nie zniknął.— A ja nie jestem materiałem do dopasowania — powiedziała
24:37— Ja jestem człowiekiem.Cihan zamknął oczy na sekundę, jakby te słowa go przygniotły
24:45— Wiem — wyszeptał. — I właśnie dlatego… właśnie dlatego, kiedy zobaczyłem cię na tym podjeździe, kiedy zobaczyłem, że naprawdę odchodzisz… pękłem
24:58Hançer przechyliła głowę. Łzy spłynęły jej po policzku wolniej.— Pękłeś… i postanowiłeś mnie upokorzyć?
25:08On otworzył oczy gwałtownie.— Nie! — powiedział ostro, zbyt ostro. Potem zamilkł, jakby przestraszył się własnego tonu
25:19— Nie chciałem cię upokorzyć. Ja… ja chciałem cię zatrzymać, zanim stracę wszystko
25:27— Straciłeś mnie wcześniej — odparła cicho. — Straciłeś mnie w tych małych momentach, kiedy mogłeś stanąć po mojej stronie i nie stanąłeś
25:38Cihan patrzył na nią długo. Tak długo, że czas przestał mieć znaczenie. W końcu jego dłoń — ta sama dłoń, która wcześniej ściskała jej nadgarstek — powoli uniosła się i zawisła w powietrzu, jakby nie wiedziała, czy ma dotknąć, czy odejść
25:57— Nie zamknę cię — powiedział nagle, jakby wyrwał te słowa z samego dna. — Nie… nie chcę być takim człowiekiem
26:07Hançer wstrzymała oddech.— Ale powiedziałeś, że….— Powiedziałem, bo byłem głupi. — Jego głos pękł
26:17— Bo byłem przerażony. Bo… nie umiem prosić tak, żeby to wystarczyło.Zamilkł. Potem dodał ciszej:
26:27— Ale ja nie mam prawa cię więzić.W tej jednej deklaracji było mniej zwycięstwa, a więcej tragedii
26:36Bo teraz oboje wiedzieli, że jeśli ją puści, może odejść. Naprawdę. I już nie będzie żadnego pretekstu, żadnej siły, żadnego „wrócisz, bo tak”
26:50Hançer spojrzała na drzwi, potem na niego. W jej spojrzeniu wciąż była rana, ale pojawiła się też ostrożna, maleńka iskra:
27:01„Może jednak umie się zmienić?”.Cihan cofnął się o krok, zabierając kolano z materaca
27:09Dał jej przestrzeń. To był gest prosty. A jednak dla niego — w tym domu, w tej rodzinie, w tej roli — był jak rewolucja
27:21— Chcę tylko… pięć minut — powiedział. — Nie proszę, żebyś została na zawsze. Proszę, żebyś mnie wysłuchała
27:31Jeśli po tych pięciu minutach nadal będziesz chciała odejść… — przełknął ślinę, a jego oczy zaszkliły się na ułamek sekundy — …to cię nie zatrzymam
27:43Hançer poczuła, jak jej serce znowu zaczyna bić szybciej. Nie ze strachu. Z ciężaru decyzji
27:52— A twoja matka? — zapytała, prawie szeptem. — A oni wszyscy na dole? Widziałeś ich twarze
28:01Widziałeś, jak patrzą.Cihan uśmiechnął się gorzko, bez radości.— Widziałem. I po raz pierwszy… nie obchodzi mnie to
28:12Te słowa zabrzmiały jak coś, czego nigdy nie mówił. Jak nowy język, którego dopiero się uczy
28:21Hançer otarła łzy wierzchem dłoni. Zrobiła wdech i wydech, próbując poskładać się w jedną całość
28:30— Mów — powiedziała w końcu.Cihan skinął głową, jakby bał się, że jeśli zrobi nagły ruch, to wszystko pryśnie
28:40Usiadł na brzegu łóżka, nie dotykając jej, zostawiając dystans.— Kiedy cię zobaczyłem… wtedy na podjeździe… — zaczął powoli — poczułem coś, czego nie czułem nigdy wcześniej
28:54Jakby ktoś wyjął mi serce i ścisnął je w dłoni. I wiesz, co było najgorsze?.Hançer nie odpowiedziała
29:03Tylko patrzyła.— Najgorsze było to, że zrozumiałem, że sama jestem winny tego bólu
29:12— Spojrzał w dół, na własne dłonie. — Ja cię nie chroniłem. Ja cię wystawiałem. Jak… jak tarczę
29:21Hançer drgnęła. Te słowa trafiły w nią, bo były prawdziwe.— A teraz? — zapytała cicho
29:30— Teraz chcesz mnie chronić, bo boisz się samotności?.Cihan podniósł głowę. W jego oczach nie było już tego mroku, który ją przerażał
29:42Było zmęczenie. I szczerość, która bolała.— Tak — powiedział. — Boję się samotności
29:51Ale boję się też tego, że pewnego dnia obudzę się i zrozumiem, że byłem tak dumny, tak ślepy, że zniszczyłem jedyną osobę, która… — urwał, szukając słów — …która nie przyszła tu po pieniądze, po nazwisko, po władzę
30:08Tylko po… człowieka.Hançer poczuła, jak jej gardło znowu się zaciska.— A ja boję się, że jeśli zostanę, będę musiała wciąż udawać, że nie boli — powiedziała
30:22— Że te spojrzenia, te słowa, ta pogarda… że to nic.Cihan wziął głęboki oddech.— Nie chcę, żebyś udawała — odpowiedział
30:33— Chcę, żebyś mi powiedziała wszystko. Nawet jeśli to mnie zniszczy.W tej chwili ich spojrzenia znów się spotkały
30:43Blisko. Intensywnie. Tak, że w ciszy słyszeli tylko oddechy i serca.Nie było już wesołej melodii
30:53Nie było holu, Mukadder, Sinem, Fadime, Gülşüm. Byli tylko oni — dwoje ludzi, którzy przez dumę i strach doprowadzili siebie do krawędzi
31:06Hançer nie wiedziała jeszcze, czy po pięciu minutach odejdzie, czy zostanie. Wiedziała tylko jedno: pierwszy raz od dawna Cihan nie próbował jej „posiadać”
31:19Próbował ją usłyszeć.A to, w świecie, w którym zawsze ją oceniano, było czymś niemal nieprawdopodobnym
31:29I właśnie dlatego ten pokój — zamiast być więzieniem — mógł stać się miejscem, w którym po raz pierwszy prawda zabrzmi głośniej niż rozkazy