Rozdarte serca Cihana i Hançer: Okrutne ultimatum, które zmusiło Cihana do ślubu z wrogiem!

Drodzy słuchacze, zbierzcie się blisko, bo opowieść, którą za chwilę wam przedstawię, rozerwie wasze serca na strzępy. Jak to się stało, że Cihan i Hançer – dwoje ludzi, których czyste i gorące uczucie tak bardzo nas poruszało – znaleźli się w tak tragicznym i bolesnym punkcie, na samym dnie rozpaczy? Wyobraźcie sobie miłość tak wielką i udręczoną, że aby chronić bliskich, trzeba dokonać absolutnie najwyższego poświęcenia. W nadchodzących wydarzeniach zobaczycie, jak bezlitosny los, głęboko skrywane tajemnice i zatrute rodzinne intrygi zmuszają naszą Hançer do dramatycznego kroku. Ze łzami w oczach stawia ona ukochanemu Cihanowi najokrutniejsze ultimatum: odda mu wolność, ale tylko pod warunkiem, że on poślubi bezwzględną Beyzę. Zanurzcie się w tę historię i zobaczcie na własne oczy ceremonię ślubną, z której wieje chłodem niczym z grobowca. Podczas gdy intrygantka Beyza, w swojej śnieżnobiałej sukni, po cichu celebruje ostateczny triumf nad rywalką, dusza Cihana krwawi. Jego usta, pogrążone w rozpaczy, wypowiadają sakramentalne „tak”, ale jego umysł wciąż krzyczy imię jedynej kobiety, którą naprawdę kocha. A co w tym czasie dzieje się z Hançer? Porzucona, samotna i zdruzgotana, w skromnym ubraniu zmywa podłogi, zmagając się nie tylko z bólem złamanego serca. Kiedy nagle, w przypływie cierpienia, chwyta się za brzuch i upuszcza mop z rąk, w naszych głowach rodzi się dramatyczne pytanie: Jaki jeszcze sekret ukrywa przed światem nasza bohaterka? Czy podpis na akcie małżeńskim z Beyzą to naprawdę ostateczny koniec wielkiej miłości Cihana i Hançer? A może to zaledwie bolesny początek ich najtrudniejszej, pełnej wylanych łez próby? Przejdźcie ze mną przez te mroczne korytarze rezydencji i odkryjcie, jak doszło do tego łamiącego serce momentu.

Cihan, człowiek dumny, zamknięty w sobie, przyzwyczajony do panowania nad wszystkim, nie zauważył nawet, kiedy Hançer zaczęła wypełniać puste miejsca w jego sercu. A Hançer, która weszła do tej rezydencji z lękiem, upokorzeniem i świadomością, że dla wielu jest tylko narzędziem w cudzym planie, odkryła przy nim coś, czego nie spodziewała się już nigdy zaznać — poczucie, że ktoś naprawdę widzi jej ból. Ale w domu Develioğlu miłość nigdy nie mogła istnieć samotnie. Musiała mierzyć się z dumą, ze strachem, z ambicją Mukadder, z bezwzględnością Beyzy i z cieniami, które każdy z nich nosił głęboko w sobie. Hançer długo próbowała wierzyć, że jeśli będzie wystarczająco cierpliwa, wystarczająco silna, wystarczająco dobra, to zdoła ocalić to, co między nią a Cihanem powstało. Próbowała rozumieć jego milczenie. Próbowała tłumaczyć sobie jego chłód. Próbowała nie słyszeć podszeptów, spojrzeń, półsłówek i ostrzeżeń, które każdego dnia zaciskały się wokół niej jak niewidzialna pętla. Ale potem przyszła chwila, w której zrozumiała, że miłość czasem nie wystarcza, by ochronić tych, których się kocha. I właśnie wtedy podjęła decyzję, która złamała ją bardziej niż wszystkie wcześniejsze upokorzenia.
Rozwód. Samo to słowo brzmiało w jej głowie jak wyrok. Jak coś, czego nie da się cofnąć. Jak drzwi zamykające się nie tylko przed nią, ale przed każdym marzeniem, które w tajemnicy przed światem zaczęła budować. Bo przecież wyobrażała sobie kiedyś, choć nigdy nie wypowiedziała tego na głos, że może pewnego dnia Cihan spojrzy na nią już nie jak na kobietę uwikłaną w umowę, nie jak na obowiązek, nie jak na ciężar, ale jak na swoją żonę w pełnym znaczeniu tego słowa. Żonę, którą kocha. Żonę, której chce. Żonę, przy której zostanie nie dlatego, że musi, lecz dlatego, że bez niej nie potrafi oddychać. A jednak to ona musiała przyjść do niego i powiedzieć mu, że wszystko się skończyło. Cihan nie rozumiał. Nie chciał rozumieć. Stał przed nią z twarzą człowieka, któremu ktoś nagle wyrwał grunt spod nóg.
— Nie możesz tego ode mnie żądać — powiedział wtedy cicho, ale w jego głosie była stal. — Możesz być na mnie zła. Możesz mnie nienawidzić. Możesz odejść, jeśli naprawdę tego chcesz. Ale nie możesz kazać mi udawać, że to wszystko nic nie znaczyło. Hançer miała oczy pełne łez, lecz nie pozwoliła im spaść. Wiedziała, że jeśli teraz się rozpadnie, już nigdy nie zdoła powiedzieć tego, co musi zostać powiedziane. — To nie jest udawanie, Cihanie — odpowiedziała. — To koniec. — Nie — przerwał jej gwałtownie. — Nie mów tak. Nie patrz na mnie tak, jakbyś już mnie pochowała. Jakbyś już podjęła decyzję za nas oboje. — Bo podjęłam.
Te dwa słowa rozcięły ciszę ostrzej niż krzyk. Cihan cofnął się o krok, jakby naprawdę poczuł ból fizyczny. — Dlaczego? — zapytał. — Powiedz mi prawdę. Chociaż raz nie uciekaj za milczenie. Dlaczego chcesz mnie zostawić? Hançer zacisnęła dłonie tak mocno, że paznokcie wbiły się w skórę. — Bo jeśli zostanę, wszyscy będziemy cierpieć jeszcze bardziej. — Wszyscy? — powtórzył z goryczą. — Czy ty naprawdę mówisz o wszystkich, Hançer? Czy może o nich? O mojej matce? O Beyzie? O tych ludziach, którzy od początku próbowali nas rozdzielić? — Mówię o dziecku — wyszeptała.
Cihan zamarł. To słowo miało moc zatrzymania wszystkiego. Powietrza, czasu, oddechu. — O jakim dziecku? — zapytał powoli. Hançer spuściła wzrok. Przez sekundę wydawało się, że prawda wyrwie się z niej sama, że powie coś więcej, że przyzna się do tego, co ukrywała nawet przed nim, bo bała się, że w tej rodzinie każde niewinne życie może zostać użyte jako broń. Ale nie powiedziała. Nie mogła. Jeszcze nie. — O dziecku Beyzy — odparła, zmuszając się do chłodu. — O tym, które stało się zakładnikiem waszej wojny. Cihan zacisnął szczękę. — Beyza wykorzystuje to dziecko przeciwko mnie. — Wiem. — Więc dlaczego chcesz dać jej dokładnie to, czego chce?.
Hançer spojrzała na niego wtedy z takim bólem, że przez chwilę cała jego złość zgasła. — Bo czasem, żeby odebrać komuś władzę niszczenia, trzeba oddać mu zwycięstwo, którego tak pragnie. — Nie mówisz poważnie. — Mówię. — Nie. — Cihanie…. — Nie! — Jego głos odbił się od ścian. — Nie wezmę ślubu z Beyzą. Nie po tym wszystkim. Nie po tym, co zrobiła. Nie po tym, co zrobiła tobie. Nie po tym, co zrobiła nam.
Hançer drgnęła na słowo „nam”. Właśnie ono bolało najbardziej. Bo „my” w jego ustach wciąż istniało. Wciąż żyło. A ona przyszła je zabić. — Zrobisz to — powiedziała. — Jeśli naprawdę kiedykolwiek mnie kochałeś, zrobisz to. Cihan spojrzał na nią z niedowierzaniem. — To ma być dowód miłości? Mam poślubić inną kobietę, żeby udowodnić, że kocham ciebie? — Masz zakończyć ten koszmar. — Koszmar zakończy się wtedy, kiedy przestaniemy pozwalać im decydować za nas! — Nie rozumiesz — odparła, a jej głos wreszcie się załamał. — Oni nigdy nie przestaną. Mukadder nigdy się nie cofnie. Beyza nigdy nie odpuści. Nusret będzie patrzył na to jak na interes, twoja rodzina jak na obowiązek, a ja… ja będę każdego dnia przypominała im o porażce. O tym, że nie udało im się mnie złamać. Będą więc próbować dalej. Mocniej. Okrutniej.
Cihan podszedł bliżej. — Pozwól mi cię chronić. Hançer uśmiechnęła się smutno. — Nie możesz mnie ochronić przed własną rodziną, Cihanie. Nie wtedy, kiedy sam jesteś ich więźniem. Te słowa zostały między nimi jak otwarta rana. Cihan chciał protestować. Chciał chwycić ją za ramiona, potrząsnąć nią, zmusić, by przyznała, że mówi to wszystko ze strachu. Ale zobaczył w jej oczach coś, czego bał się najbardziej — decyzję. Tę spokojną, tragiczną pewność człowieka, który już opłakał samego siebie.
— A jeśli odmówię? — zapytał cicho. — Wtedy rozwodu nie będzie. — Więc zostań. — Nie mogę. — Możesz. — Nie mogę — powtórzyła z większym naciskiem. — Rozwiodę się z tobą tylko pod jednym warunkiem. Jak tylko to się stanie, ożenisz się z Beyzą. — Nie. — Cihanie…. — Powiedziałem nie. — To moje ostatnie słowo.
Milczenie, które potem zapadło, nie było zwykłym milczeniem. Było końcem czegoś pięknego. Było momentem, w którym oboje zrozumieli, że nie ma już drogi, która nie prowadziłaby przez cierpienie. Cihan patrzył na nią długo. W jego oczach było błaganie, którego nigdy wcześniej by nie pokazał. Człowiek dumny, przyzwyczajony do zwyciężania, stał przed kobietą którą kochał, i nie potrafił wygrać nawet jednego jej spojrzenia.
— Powiedz mi tylko jedno — wyszeptał. — Czy ty naprawdę mnie już nie kochasz?. Hançer otworzyła usta, ale odpowiedź utknęła jej w gardle. Bo jak miała skłamać, patrząc na niego? Jak miała powiedzieć, że nie kocha człowieka, którego obecność wciąż była jej schronieniem, nawet jeśli teraz muisiała od niego uciec? Odwróciła twarz. — To już nie ma znaczenia. Cihan zaśmiał się krótko, bez radości. — Tylko ludzie, którzy kochają najbardziej, mówią takie rzeczy. Hançer zamknęła oczy. Jedna łza jednak popłynęła po jej policzku. — Proszę cię — powiedziała. — Nie utrudniaj mi tego bardziej. A on wtedy zrozumiał, że właśnie prosi go nie o zgodę, lecz o ofiarę.
Tak zaczęła się droga do ślubu, który nie miał w sobie ani światła, ani nadziei. W dniu ceremonii rezydencja Develioğlu wyglądała równie okazale jak zawsze. Marmurowe podłogi błyszczały, zasłony spływały ciężkimi fałdami, kryształowe lampy rozpraszały światło na ścianach, a każdy detal zdawał się krzyczeć o bogactwie, porządku i rodzinnej potędze. Ale pod tą idealną powierzchnią kryło się coś dusznego. Coś zimnego. Jakby cały dom wiedział, że nie przygotowuje się do uroczystości, lecz do pogrzebu miłości.
Mukadder siedziała na kanapie w salonie, wyprostowana, z dłońmi splecionymi na kolanach. Nie uśmiechała się. Jej twarz była poważna, niemal kamienna, lecz oczy zdradzały napięcie. Czekała na moment, który w jej przekonaniu miał przywrócić porządek. Cihan miał wrócić na miejsce, które dla niego wybrała. Beyza miała zostać jego żoną. Hançer miała zniknąć z ich życia jak błąd, który wreszcie udało się naprawić. Ale nawet Mukadder, tak pewna swoich racji, czuła ciężar tej chwili. Nusret wszedł do salonu powoli, z twarzą człowieka, który rozumie, że bierze udział w czymś nieodwracalnym. Poprawił mankiety, rozejrzał się po pomieszczeniu i zatrzymał wzrok na Mukadder.
— Wszystko gotowe — powiedział niskim głosem. Mukadder skinęła głową. — Musi się odbyć bez przeszkód. — Cihan wygląda jak człowiek prowadzony na stracenie. — Cihan przeżyje. Nusret zmarszczył brwi. — Jesteś tego pewna?. Mukadder nie odpowiedziała od razu. Jej palce mocniej zacisnęły się na materiale sukni. — Mój syn zawsze przeżywał to, co musiał przeżyć. — To nie znaczy, że wychodził z tego cały. Te słowa podziałały na nią jak policzek. Spojrzała na Nusreta ostro. — Nie pouczaj mnie, jak mam chronić własną rodzinę. — Czy to właśnie robisz? Chronisz ją?. — Przywracam jej przyszłość. — Przyszłość bez serca bywa tylko elegancką ruiną, Mukadder. Kobieta odwróciła wzrok, jakby nie chciała słuchać. Była zbyt blisko celu, by teraz dopuścić do siebie wątpliwości.
Wtedy pojawił się Cihan. Wszedł do salonu powoli, jak człowiek, którego ciało wykonuje ruchy bez udziału duszy. Miał na sobie ciemny garnitur, idealnie skrojony, nienagannie elegancki. Każdy inny mężczyzna wyglądałby w nim dumnie i pewnie. On wyglądał tak, jakby ubrano go do roli, której nienawidził. Mukadder podniosła się z kanapy. — Synu…. Cihan nie spojrzał na nią od razu. Jego wzrok przesunął się po stole przygotowanym do ceremonii, po krzesłach, po dokumentach, po czerwonej todze urzędnika, który czekał już w pobliżu. Wszystko było gotowe. Wszystko było ustawione. Wszystko miało się odbyć sprawnie, spokojnie, zgodnie z przepisami. Tylko jego serce nie było gotowe.
— Jeszcze możesz to zatrzymać — powiedział Nusret cicho, tak aby słyszał go tylko Cihan. Cihan spojrzał na niego zmęczonymi oczami. — Nie mogę. — Możesz. — Dałem słowo. Nusret westchnął. — Komu? Beyzie?. Cihan zacisnął usta. — Hançer. To imię, wypowiedziane w tym domu, zabrzmiało jak coś zakazanego. Mukadder odwróciła głowę, ale nie powiedziała nic. Może dlatego, że nawet ona wiedziała, iż nie wygrała z Hançer. Wygrała jedynie z sytuacją. Z lękiem. Z poświęceniem kobiety, której nigdy nie chciała uznać.
Nagle u góry schodów rozległ się cichy szelest materiału. Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę. Beyza schodziła powoli, ubrana w białą suknię ślubną. Suknia była elegancka, dopracowana w każdym szczególe, delikatna i zarazem chłodna, jak sama ona. Materiał układał się miękko wokół jej sylwetki, a każdy krok zdawał się przemyślany. Obok niej szła Gulsum, uśmiechnięta, podekscytowana, niemal dumna z tego, że uczestniczy w chwili, która dla niej wyglądała jak zwycięstwo sprawiedliwości. Ale twarz Beyzy nie była twarzą szczęśliwej panny młodej. Nie było na niej wzruszenia. Nie było nieśmiałości. Nie było blasku kobiety, która wychodzi za mąż z miłości. Była determinacja. Był chłód. Była satysfakcja, starannie ukryta pod maską powagi. Kiedy stanęła na dole schodów, jej wzrok od razu odnalazł Cihana. Przez krótką chwilę patrzyła na niego tak, jak patrzy się na rzecz, którą wreszcie udało się odzyskać po długiej walce.
— Cihanie — powiedziała miękko. On odpowiedział tylko spojrzeniem. Gulsum nachyliła się do Beyzy i szepnęła: — Wyglądasz przepięknie. Naprawdę jak królowa. Beyza nie odwróciła wzroku od Cihana. — Dzisiaj wystarczy, że wyglądam jak żona. Te słowa były ciche, lecz Mukadder je usłyszała. I choć nie zareagowała, coś drgnęło w jej twarzy. Może cień niepokoju. Może świadomość, że Beyza nie jest tak niewinna, jak chciałaby udawać. Ale było już za późno, by analizować jej intencje. Zbyt wiele zostało poświęcone, by teraz pytać, czy wybrana droga naprawdę prowadzi do ocalenia.
Goście ustawili się wokół stołu. Urzędnik stanu cywilnego poprawił dokumenty i usiadł w swoim miejscu. Czerwona toga nadawała mu powagi, ale w tym pomieszczeniu nawet prawo wyglądało jak narzędzie cudzej tragedii. Cihan i Beyza usiedli naprzeciwko niego. Między nimi nie było ciepła. Nie było nerwowego uśmiechu. Nie było drżenia dłoni zakochanych ludzi. Była odległość. Był przymus. Był triumf jednej osoby i milcząca śmierć drugiej.
Beyza spojrzała przed siebie, ale w jej wnętrzu rozbrzmiewał głos, którego nikt inny nie mógł usłyszeć: „Wszystko już skończone. Yonca się odnalazła. Dziecko jest zdrowe. Bezpieczne. Nie ma już tajemnicy, którą mogliby wykorzystać przeciwko mnie. Nie ma już tej niepewności. Nie ma już ryzyka. Hançer odeszła. Zrobiła dokładnie to, czego się po niej spodziewałam — poświęciła siebie. Takie kobiety zawsze myślą, że cierpieniem można kogoś ocalić. A ja? Ja po prostu wygrałam. Za chwilę Cihan będzie mój. Jego nazwisko, jego dom, jego miejsce przy stole, jego przyszłość. Wszystko, co próbowała mi odebrać, wróci do mnie.”. Jej palce delikatnie przesunęły się po materiale sukni. „To ja wygrałam tę wojnę.”.
Wokół stołu twarze były napięte. Nusret co chwilę zerkał na Cihana, jakby czekał, że ten nagle wstanie i odejdzie. Mukadder patrzyła na syna z mieszaniną troski i uporu. Gulsum miała oczy błyszczące od emocji, nieświadoma lub niechętna zrozumieniu, że uczestniczy w czymś znacznie bardziej bolesnym niż zwykły ślub.
A daleko od tej rezydencji, w miejscu skromnym, pozbawionym marmuru, kryształów i sztucznej uroczystości, Hançer próbowała zmyć z podłogi kurz, którego prawie nie było. Miała na sobie zwykły sweter w paski. Jej włosy były spięte niedbale, twarz blada, oczy podpuchnięte od łez, które wylewała tylko wtedy, kiedy nikt nie patrzył. Przesuwała mopem po podłodze w powolnym, mechanicznym rytmie, jakby ciało musiało robić cokolwiek, by serce nie rozpadło się całkowicie. Woda w wiadrze była już szara, choć podłoga od dawna była czysta. Hançer zatrzymała się nagle. Jedną ręką oparła się na kiju od mopa, drugą przyłożyła do brzucha. Nie był to gest przypadkowy. Był pełen lęku, czułości i bólu. Jakby pod jej dłonią kryła się ostatnia prawda, której jeszcze nie odebrano. Ostatnia iskra przyszłości, którą musiała ochronić przed wszystkimi — nawet przed Cihanem.
— Wybacz mi — wyszeptała. Nie wiedziała, czy mówi do siebie, do dziecka, czy do mężczyzny, który w tej samej chwili miał wypowiedzieć słowo niszczące ich życie. Oparła czoło o dłoń. — Nie miałam innego wyjścia. Ale czy to była prawda?. To pytanie wracało do niej jak nóż. Czy naprawdę nie miała innego wyjścia? Czy może po prostu bała się, że jeśli zostanie, wszyscy zostaną wciągnięci w jeszcze większą ciemność? Bała się Mukadder, która potrafiła ubrać okrucieństwo w słowa o rodzinie. Bała się Beyzy, która z uśmiechem potrafiła niszczyć cudze życie. Bała się tego domu, gdzie miłość nigdy nie była czysta, bo zawsze ktoś próbował zamienić ją w obowiązek, dług albo broń. A najbardziej bała się, że pewnego dnia jej dziecko stanie się kolejnym pionkiem w ich grze. Mop wysunął się z jej dłoni i upadł na podłogę z głuchym stukiem. Hançer cofnęła się, jakby ten dźwięk ją przeraził. Przez chwilę oddychała szybko, nierówno, aż w końcu nie wytrzymała. Wybiegła z pokoju, przyciskając dłoń do ust, by nikt nie usłyszał jej płaczu.
Tymczasem w rezydencji urzędnik rozpoczął oficjalną mowę. Mówił o zgodzie, o wspólnym życiu, o obowiązkach małżonków, o decyzji podejmowanej dobrowolnie i świadomie. Każde słowo brzmiało jak ironia. Cihan słyszał je jak przez wodę. Patrzył przed siebie, ale nie widział Beyzy. Nie widział stołu. Nie widział twarzy swojej matki. Widział Hançer. Widział tamten dzień, gdy siedziała obok niego podczas ich własnego ślubu. Była wtedy napięta, niepewna, może nawet przestraszona, ale w jej oczach była prawda. Nawet jeśli wszystko zaczęło się od umowy, nawet jeśli oboje nie rozumieli jeszcze, dokąd zaprowadzi ich wspólną droga, jej „tak” brzmiało inaczej. Nie jak zwycięstwo. Nie jak kalkulacja. Jak obietnica. Wspomnienie uderzyło go z taką siłą, że przez moment naprawdę poczuł zapach tamtego dnia, usłyszał szmer gości, cichy oddech Hançer siedzącej obok niego, bicie własnego serca, którego wtedy nie chciał słuchać.
Urzędnik z przeszłości zapytał: — Czy ty, Hançer, bierzesz Cihana Develioğlu za męża? A ona spojrzała na niego. Niepewnie, ale głęboko. Tak, jakby chciała zapytać, czy mimo wszystko mogą spróbować nie zranić się nawzajem. — Tak — odpowiedziała. Wspomnienie rozbrzmiało brawami. Ciepłymi. Żywymi. Prawdziwymi. Cihan zacisnął dłonie pod stołem. Wrócił do teraźniejszości dopiero wtedy, gdy obecny urzędnik wypowiedział imię Beyzy.
— Czy ty, Beyza Çandar, bierzesz Cihana Develioğlu za męża i przyrzekasz trwać przy nim w małżeństwie? Beyza nie zawahała się ani przez sekundę. Odwróciła lekko głowę w stronę Cihana, jakby chciała, by zobaczył jej zwycięstwo z bliska. — Tak — powiedziała wyraźnie. Gulsum natychmiast zaczęła bić brawo. Nusret dołączył po krótkim opóźnieniu, bardziej z obowiązku niż radości. Mukadder zamknęła oczy na sekundę i wypuściła powietrze z płuc, jakby właśnie minęło największe niebezpieczeństwo. Ale najtrudniejsze dopiero nadchodziło. Urzędnik odwrócił się do Cihana. — Czy ty, Cihanie Develioğlu, bierzesz Beyzę Çandar za żonę i przyrzekasz trwać przy niej w małżeństwie?
Cisza. Nie była to zwykła pauza. Była tak długa, że zaczęła zmieniać twarze obecnych. Gulsum przestała się uśmiechać. Nusret znieruchomiał. Mukadder otworzyła oczy i spojrzała na syna ostro, jakby samym spojrzeniem chciała zmusić go do odpowiedzi. Beyza zesztywniała, ale nie straciła panowania nad sobą. Cihan siedział nieruchomo. W jego głowie znów pojawiła się Hançer. Nie ta ze ślubu. Nie ta uśmiechnięta nieśmiało. Lecz ta z ostatniej rozmowy, z oczami pełnymi łez, które próbowała zatrzymać.
— Obiecaj mi — mówiła wtedy. — Nie proś mnie o to. — Musisz obiecać. — Hançer, to szaleństwo. — Nie. To jedyne wyjście. — Jedynym wyjściem jest to, żebyśmy przestali uciekać przed sobą! — A jeśli przez to ktoś ucierpi?. — Ja już cierpię!. — Ja też! — krzyknęła wtedy, po raz pierwszy tracąc panowanie. — Myślisz, że ja tego chcę? Myślisz, że budzę się rano i marzę o tym, żeby oddać cię innej kobiecie? Myślisz, że nie umieram za każdym razem, kiedy wyobrażam sobie ją obok ciebie?
Cihan zamilkł. Hançer płakała już wtedy otwarcie. — Ale ja nie mogę być egoistką. Nie mogę trzymać się twojej ręki, jeśli wiem, że przez to wszystko wokół nas będzie płonąć. Musisz ją poślubić. Musisz zakończyć tę wojnę. — A co z nami?. To pytanie zawisło między nimi. Hançer odpowiedziała dopiero po chwili. — My już jesteśmy raną, Cihanie. A rany czasem trzeba zakryć, żeby inni mogli przeżyć. — Nie mów tak. — Obiecaj mi. — Nie mogę. — Możesz. Bo jesteś silniejszy ode mnie. Cihan potrząsnął głową. — Nie. To ty jesteś silna. Ja tylko udaję. Hançer podeszła wtedy bliżej i położyła dłoń na jego piersi, tam, gdzie biło serce, które tak bardzo chciała ocalić, nawet jeśli miała je stracić. — Więc nie udawaj teraz. Zrób to dla mnie. Ostatni raz. Cihan zamknął oczy. — Zabijasz mnie tym. — Wiem. — I siebie też. — Wiem. — Więc dlaczego?. Hançer spojrzała mu prosto w oczy. — Bo kocham cię bardziej niż własne szczęście.
Teraz, siedząc obok Beyzy, Cihan czuł, jak tamte słowa rozrywają go od środka. Urzędnik czekał. Beyza pochyliła się lekko i szepnęła przez zaciśnięte usta: — Cihan… odpowiedz. Jej głos był spokojny, ale pod spokojem kryła się nerwowość. Bo przez jedną krótką chwilę przestraszyła się, że może jeszcze przegrać. Że ten mężczyzna, choć złamany, podniesie się, odejdzie i wybierze cierpienie zamiast niej.
Cihan powoli odwrócił głowę. Spojrzał na Beyzę, lecz jej nie widział. Potem spojrzał na Mukadder. Na Nusreta. Na urzędnika. A potem gdzieś daleko, poza ścianami tej rezydencji, jakby przez niewidzialną nić, poczuł Hançer. Jej łzy. Jej dłoń na brzuchu. Jej samotność. Jej ofiarę. I wtedy zrozumiał, że jego odpowiedź nie będzie zgodą na miłość do Beyzy. Będzie spełnieniem ostatniej prośby kobiety, którą naprawdę kochał. Otworzył usta. Przez sekundę nie wydobył się z nich żaden dźwięk. A potem powiedział: — Tak. Cicho. Prawie bez życia. Ale wystarczająco wyraźnie, by wszyscy usłyszeli.
Beyza zamknęła oczy na ułamek sekundy. Nie z ulgi kochającej kobiety, lecz z triumfu wojowniczki, która dotarła do celu. Gulsum znów zaczęła klaskać, tym razem głośniej, jakby chciała zagłuszyć dziwny ciężar tej odpowiedzi. Mukadder odchyliła głowę i przymknęła powieki. Ulgę miała wypisaną na twarzy tak wyraźnie, że przez moment wyglądała na starszą, bardziej zmęczoną, niemal ludzką. Nusret bił brawo powoli, z twarzą pełną goryczy.
Urzędnik ogłosił ich mężem i żoną. Słowa te odbiły się od ścian salonu i opadły na Cihana jak kamienie. Beyza podpisała akt małżeństwa pewną dłonią. Cihan wziął pióro dopiero po chwili. Patrzył na miejsce, gdzie miał złożyć podpis, jakby nie rozumiał, dlaczego kilka liter może zamknąć całe życie. W końcu podpisał. Jego pismo było równe, niemal idealne, lecz ręka była zimna. Czerwona książeczka rodzinna trafiła w dłonie Beyzy. Trzymała ją dumnie. Jak trofeum. Jak dowód. Jak znak, że od tej chwili świat będzie musiał uznać ją za kobietę, której nie dało się usunąć.
Gulsum natychmiast sięgnęła po telefon. — Stańcie bliżej siebie — powiedziała radośnie — Musimy mieć zdjęcie. To przecież wyjątkowy dzień. Cihan nie poruszył się. Beyza przesunęła się odrobinę w jego stronę i delikatnie ułożyła dłoń na jego ramieniu. Ten gest wyglądał elegancko, niemal czuło, ale Cihan poczuł go jak kajdany. — Uśmiechnij się chociaż trochę — szepnęła Beyza — Ludzie patrzą. On odpowiedział bez patrzenia na nią: — Nie wyszedłem za ludzi. Beyza zacisnęła palce na czerwonej książeczce, ale do obiektywu uśmiechnęła się delikatnie. Idealnie. Tak, jak powinna uśmiechać się panna młoda na pamiątkowym zdjęciu. Gulsum zrobiła fotografię. Na niej Beyza wyglądała jak kobieta, która dostała wszystko. Cihan wyglądał jak człowiek, któremu odebrano wszystko. Jego oczy były puste. Nie było w nich gniewu, bo gniew wymaga jeszcze siły. Nie było w nich buntu, bo bunt wymaga jeszcze nadziei. Była tylko cisza. Ta sama cisza, która zapada po katastrofie, kiedy człowiek stoi pośród ruin i wie, że nic nie będzie już takie samo.
A gdzieś daleko Hançer osunęła się na łóżko, przyciskając twarz do poduszki, by stłumić szloch. Nie wiedziała dokładnie, w której chwili Cihan powiedział „tak”. Ale serce powiedziało jej to samo. Poczuła nagłe ukłucie, jakby niewidzialna nić między nimi została przecięta. — To już koniec — wyszeptała do siebie. Ale nawet ona nie wierzyła w te słowa. Bo takie miłości nie kończą się w urzędzie, przy podpisie, przy oklaskach ludzi, którzy nie rozumieją ich ceny. Takie miłości schodzą pod ziemię. Milkną. Krwawią w ukryciu. Czekają. I właśnie dlatego ślub Cihana i Beyzy nie był końcem historii Cihana i Hançer.
Był początkiem ich najtrudniejszej próby. Próby, w której jedno z nich będzie muisiało żyć obok kobiety, której nie kocha, a drugie z dala od mężczyzny, którego oddało w imię ochrony wszystkich. Beyza może trzymać czerwoną książeczkę. Może nosić nazwisko. Może mieszkać w rezydencji i stać u boku Cihana na zdjęciach. Ale nie ma tego, czego pragnęła najbardziej. Nie ma jego serca. Bo ono, złamane, zranione i pozornie stracone, wciąż należy do Hançer. A Hançer, choć samotna, choć upokorzona, choć zmuszona do największego poświęcenia, nie przestała go kochać ani na sekundę. I kiedy rezydencja Develioğlu rozbrzmiewała jeszcze oklaskami, gdzieś w tej ciszy, której nikt nie słyszał, zaczynała się nowa tragedia. Tragedia dwóch ludzi, którzy zostali rozdzieleni nie dlatego, że przestali się kochać. Lecz dlatego, że pokochali zbyt mocno.